Odkąd zostałam mamą, ciągle myślę, że robię coś źle. Nigdy nie opiekowałam się innymi dziećmi niż własne, nie mam też w sobie naturalności w obcowaniu z małymi ludźmi, pomysłów, jak skutecznie nakłaniać do zrobienia tego, czego ja chcę (włożenia cieplejszego ubrania, umycia zębów lub rąk, pójścia spać…). Ciągle myślę, że w naszej kuchni czy ogrodzie unikają wypadków właściwie przypadkiem, na pewno mają przeze mnie braki w jakichś ważnych obszarach rozwoju, a gdy dorosną, będą się kładły na kozetkę u psychologa i zaczynały sesje od słów: „moja matka…”.

W sobotę gościem Trójki była Anna Dymna. Głos Anny Dymnej mógłby mi czytać baśnie, powieści, a choćby „Przekrój”, mógłby mi tłumaczyć, jak żyć, mógłby interpretować moje i Jeża książki jako audiobooki. Bo, co ważne, ten głos nie pieści się samym sobą, swoją barwą i tembrem, tylko stoi za nim rozum, dobro i życiowa mądrość.

Anna Dymna opowiadała, jak była dzieckiem. Ile niebezpiecznych rzeczy robiła z braćmi na podwórku, jak tata woził ich na wakacje motocyklem, jak mama pokazywała jej świat. Że umiała się pochylić nad rozmaitymi drobinami rzeczywistości i mówiła: „Pająk? No, pająk, ale nie trzeba się go brzydzić i bać… Zobacz, jaki on jest piękny, jak to jest fascynująco zbudowane, jak to działa…”. Różne rzeczy mówiła o mamie, a ja w tej mamie odnajdywałam to, co robię sama. Potem jeszcze rozczuliła mnie już zupełnie na łopatki (jeśli można się na łopatki rozczulać), mówiąc, jak jest swojej mamie za to wszystko wdzięczna i jak ją kocha, i że dzięki niej właśnie jest szczęśliwym człowiekiem, bo tylko umiejąc być tak uważnym i czułym dla świata, jest się szczęśliwym.

Możecie się śmiać – ale dawno nikt tak do mnie nie przemówił. Nagle sobie pomyślałam, że moje dzieci czegoś tam nie potrafią, mają różne nieprzepracowane słabości, miewamy, rzecz jasna, konflikty. Ale tak patrzeć na świat umieją na pewno. Czyli będą szczęśliwe. Zatem i ja mogę sobie wreszcie zdjąć kamień z serca. Anna Dymna mnie rozgrzeszyła.

Płatkowska