Scena 1.

Teren Uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu. Pokazuję dzieciom, gdzie się uczyłam, oglądamy budynki. Wtem – kasztanowiec. I kasztany, wiele brązowych kulek, pewnie studenci już wyrośli ze zbierania. Jaga i Jeremi – nie. Padają na kolana i w zachwycie przebierają łupinki. Podchodzi do nas strażnik. „Kochani, tam na skarpie, gdzie armata, o, tą furtką, jest mnóstwo kasztanów. Mało kto tam chodzi. Lećcie tam”.

Podziękowaliśmy i polecieli.

Scena 2.

2,3 kilograma kasztanów i godzinę później czekamy na eskaemkę. Przyjeżdża, wsiadamy. Jak to w pociągu – chłopak z nosem w telefonie, obok dziewczyna w takiej samej pozie, pani patrzy w okno, pan słucha muzyki, jakaś para, milcząc, siedzi.

Młodzież siada, ja idę do biletomatu. Kupowanie biletu trochę trwa, bo łączność z terminalem kulawa.

Wracam i widzę, że coś się zmieniło. Nikt nie zajmuje się tym, czym się zajmował. Wszyscy patrzą na mnie, uśmiechając się.

„A wiesz, co się stało, jak cię nie było, mamusiu? Jeremi chciał policzyć kasztany i wszystkie się wysypały. Wszyściutkie! Poleciały w różne strony, niektóre bardzo daleko”, oznajmia zadowolona Jaga. „I pozbieraliście?”, pytam, z niedowierzaniem patrząc na pustą podłogę. „”Cały pociąg zbierał!”. I wtedy słyszę zbiorowy śmiech.

PS A tę naklejkę sfotografowaliśmy rano, na początku spaceru. Ale by było fajnie, gdyby każdy tak miał, pomyślałam wtedy.

I wielu ma.

JEŻ