Poranny szczyt. Pracownicy do zakładów, dzieci do szkół, zderzak przy zderzaku, światła się zmieniają, zapory zamykają. Nerwowość wpisana w ten cykl. Nic się nie może przydarzyć, bo jeśli coś zaburzy rutynę, to plan dojazdowy weźmie w łeb i wszyscy się pospóźniają.

Tymczasem…

Płynny ruch aut ustaje. Kolejne samochody zwalniają i się zatrzymują. Na ulicę wchodzi bardzo starsza pani. Pochylona. Wygląda, jakby coś zamiatała. Wychylam się – pani nie zamiata: małą torebką popycha żabę, zachęcając ją do przejścia przez jezdnię. Obie poruszają się adekwatnie do warunków fizycznych, czyli wolno. Bardzo wolno.

Nagle z samochodu przed nami wysiada młody mężczyzna. Auto wypasione, srebrne splecione kółka błyszczą na czarnej masce. Pan schyla się, podtykając pod żabę gazetę. Przenosi ją na drugą stronę i czeka, by do płaza bezpiecznie dotarła jego wybawicielka.

Niech sobie dają nagrody i potem je zwracają. Niech ostrzą pazury i je obcinają. Niech stawiają pomniki i burzą spokój.

I tak będę wierzyć w ludzkość.

Jeż