Przygotujcie pobłażliwe uśmieszki, bo przed Wami specjalny coming-out: jednym z moich najulubieńszych poetów, łeb w łeb z noblistką Szymborską i mistrzem Tuwimem, jest ksiądz Twardowski. Za co? Za trafność spostrzeżeń i umiejętność ubrania je w krótkie, proste słowa – których prawdziwość jest krystaliczna i znajduje zastosowanie w niezliczonych życiowych sytuacjach.

Kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno – pisze ksiądz Jan. A ja przytakuję skwapliwie. Tak. Chyba setki razy już przełaziłam przez to okno, żeby się dostać z powrotem do mojej równowagi ducha, spokojności, do samej siebie, a nawet, jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, do przetrwania w ogóle. Czasem na otwarcie tego okna muszę trochę czekać, a czasem On otwiera je natychmiast po zatrzaśnięciu drzwi. Przypuszczam, że na tempo ma wpływ mój stan ducha. Jeśli jestem pogodzona ze światem i sobą, mam „pokój w sercu” – to na otwarcie tego okna ratunku, ewakuacji, nowych możliwości – czekam krócej. Jeśli zaś akurat walczę ze światem, jestem w kontrze, tkwię obrażona lub urażona, pałam gniewem czy brzydkimi żądzami – to czekanie trwa dłużej. Muszę się pozbierać, otrząsnąć ze złych emocji – i wtedy następuje charakterystyczne skrzypnięcie…

Przykład z wczoraj. Urząd skarbowy – instytucja, z którą każdy z nas chciałby mieć jak najmniej do czynienia. Dostałam pilne wezwanie do korekty zeznania podatkowego. Łysawy pan w brzydkim pokoju skorygował mi to zeznanie tak, że zamiast spodziewanej dużej sumy zwrotu, dostałam… blankiet do uiszczenia dużej sumy w kasie urzędu. Literalnie zatrzęsłam się z grozy. Wiecie, jak to jest, gdy już, już macie zaplanowane, jak wydacie nadprogramowy przypływ gotówki, a tu zamiast przypływu macie wielki odpływ. I pana, który mówi, że trzeba to zrobić jak najszybciej, bo lecą odsetki.

Idę do kasy ze zwieszoną głową, wbrew pogodzie marząc nie o kawie, lecz o melisie. Dzwonię do męża, by ochłonąć. A potem już nic nie dzieli mnie od odpływu żmudnie uciułanej gotówki.

Zarazem jednak nie jestem wściekła. Nie miotam przekleństwami pod adresem pana, który wytropił mój błąd. Taką ma pracę – jeden jest kanarem, inny urzędnikiem, jeszcze inny – miej, Panie, wyrozumiałość! – literatem. Młodszy ode mnie, lecz przygnębiony i blady, pośród burych mebli, białych teczek z PIT-ami, widoczków z kalendarza, okratowanych okien i radyjka z beznadziejną muzyką.

Gdy uiszczam kwotę w kasie, dzwoni serdeczna znajoma. Z propozycją pracy. A nawet wachlarza prac, do wyboru. Oraz stałej współpracy. Oraz pomyślnymi wieściami, na które bardzo czekałam.

Już wiem, że przetrwam. Już znów pragnę kawy, nie melisy; działania, nie rezygnacji; Eros, ten niezrównany pęd do życia, znowu zwyciężył Tanatosa.

– Oczywiście, że przetrwasz – mówi ona, ta serdeczna, serdecznie. – Masz męża, dzieci.

Właśnie. Zatem tak. I will survive.

Płatkowska