Pierwszy raz byłyśmy razem w krypcie w katedrze św. Wacława w Ołomuńcu. To miejsce wywarło na Jagodzie duże wrażenie – strome schody, specyficzny zapach, akustyka. No i ta tajemnica – trumny stoją, na wyciągnięcie ręki. Niby wiadomo, co w nich jest, ale trzeba dać temu wiarę, bo przecież wszystko jest skryte przed naszym wzrokiem. Rozmawiałyśmy wtedy o: śmierci, bycie i niebycie, chowaniu, odwiedzaniu zmarłych. Ściszonymi głosami, rozwiewając wątpliwości, ale i zostawiając  niedopowiedzenia.

Aura tajemniczości uwodzi. Pół roku później w Sandomierzu wstąpiłyśmy do kościoła św. Józefa. Już miałyśmy wyjść, gdy zaczepiła nas starsza pani: „ A może tak na spotkanie z Teresą Morsztynówną pójdziecie? Młodo umarła, w opinii świętości. I do tego taka piękna była. Warto, naprawdę. Wejście do krypty dwa złote za dorosłego, złotówkę za dziecko”. Słowo „krypta” obudziło w Jagodzie pragnienie nie do odparcia. Uiściłam i zeszłyśmy. Znów strome schody, niski strop i znajomy zapach. Oraz trumna a nad nią portret młodej dziewczyny – rzeczywiście bardzo ładnej. Podchodzimy bliżej. Przed nami Teresa Morsztynówna, no może nie w całej krasie, bo zmarła ponad trzysta lat temu, ale za to bez wątpliwości – zamiast górnego wieka jest szkło.

„I to już?”, pyta Jagoda. W tym „już” jest wszystko: trochę lęku, trochę zdziwienia i… dużo rozczarowania. Zamiast wyobrażania sobie, dociekania, wymyślania – jest pewnik. Nad „i” postawiono dużą, ciężką kropkę, choć przecież i bez tego trudno je pomylić z inną literą.

Są sytuacje, w których improwizacja jest lepsza od kaligrafii.

JEŻ