Pierwszego lipca Jagoda skończyła pięć lat.

Miesiąc później pojechałyśmy w góry – bez ekstremalnych wyzwań: ani leniwe pagórki, na które dowiezie kolejka, ani drapieżne szczyty, które czyhają na ludzkie życie – po prostu Beskid Żywiecki.

Przygotowałam kilka tras – oferujących piękne widoki, urozmaiconych turystycznie, obowiązkowo ze schroniskami po drodze, żeby można było coś zjeść, odpocząć, wbić pamiątkową pieczątkę do „Książeczki GOT”. Po drodze też oczywiście odpoczywałyśmy: zbierałyśmy borówki, moczyłyśmy stopy w strumieniu, leżałyśmy na halach, nabywając piegów. I tak spędzałyśmy całe dnie, bowiem trasy były długie – w górach trudno przejść od punktu A do punktu B w kwadrans, warunki naturalne powodują, że odległości są większe niż na nizinach.

Każda z tras miała około 20 kilometrów – wyliczałam to na bieżąco, w domu sprawdzałam tylko czasy przejścia, żeby noc nas nie zastała na szlaku. Czy wydawało mi się to dużo? Nie. Jaga nigdy nie siada, ma wmontowany silnik odrzutowy – dlaczego miałby się popsuć właśnie w górach? Poza tym było to dla mnie oczywiste – jak tylko nauczyłam się chodzić, to chodziłam po górach. Taki sposób wakacjowania w naszej góralskiej rodzinie to tradycja.

No i wszystko szło jak z płatka. Do momentu, gdy spotykałyśmy innych turystów: na szlaku (bardzo rzadko) lub w schronisku. „Mój Boże, taka mała i tu doszła?”. „Brawo! Kupiła jej pani pamiątkowy dyplom, tu są, w recepcji?”. „A nie za wcześnie? Mój syn ma osiem lat i nie chciał”. „Nie do wiary, to niezwykłe, jak ona dała radę!”.

A tymczasem dzieci zasuwają do szkoły z plecakami ważącymi po kilka kilogramów. Całe popołudnia spędzają na odrabianiu lekcji – w tym roku, dzięki reformie, będzie jeszcze gorzej, bo na kogoś konsekwencje tego bałaganu spadną – ano właśnie na uczniów. Są przewożone przez rodziców z jednych zajęć dodatkowych na drugie, przysypiając z przeładowania wiedzą w aucie, naukę angielskiego zaczynają w żłobku, w programach kulinarnych przygotowują faszerowane przepiórki, a w tych objawiających talent prezentują skomplikowane akrobacje. Muszą sobie radzić z zarobkowymi emigracjami rodziców i samotnością (telefonu nie licząc).

Wiele teraz muszą dzieci. Całodzienny spacer z mamą po pięknej okolicy wydaje się na tym tle czynnością prostą, naturalną i miłą. Warto spróbować.

JEŻ