Pierwszy dzień świąt. Ziąb, wiatr. Biegam z wózkiem po cmentarzu kościelnym w rodzinnym mieście, reszta rodzina na mszy. Z wózka płacz wniebogłosy, ja drżę, że dziecko nałyka się zimnego powietrza i przeziębi. Za piątym okrążeniem płacz pomału cichnie, zaczynam więc czytać mijane po drodze tablice upamiętniające. I tak oto czytam: „Matka piątki dzieci (…), zmarła w opinii świętości”.

Zaintrygowała mnie ta opinia świętości. Ja mam troje. I w żadnym razie nie jestem święta ani nie mam u nikogo opinii świętości. Jakim trzeba być człowiekiem, by na taką opinię zasłużyć? Czy matka piątki dzieci z opinią świętości nigdy na żadne nie krzyczała? Nigdy żadnemu nie dała klapsa? Zawsze sprawiedliwie rozsądzała spory między rodzeństwem? Dzieliła swój czas? Dawała tylko czystą miłość? Nie zbywała? Nie była niecierpliwa? Nie myliła się? Czy świętość to czyny – czy tylko czyste zamiary, szczere motywacje? Przecież dobrymi chęciami podobno piekło jest wybrukowane. A jacy ci święci – ci żyjący w opinii świętości są na co dzień dla bliskich pod jednym dachem?

Naprawdę są ideałami?

Jeśli – to dla mnie tacy święci są jak yeti. Nigdy żadnego nie spotkałam.

Płatkowska