W literaturze istnieje takie zjawisko jak strumień świadomości. To rodzaj monologu wewnętrznego bohatera – nie o tym, co aktualnie widzi, słyszy i czuje, lecz również jego swobodnie meandrujących myśli, skojarzeń, przeżywania.

Ja ostatnio w miejsce strumienia mam raczej strumyki. Nie jeden, a wiele, sikających jak woda w górach, która z odpowiednią determinacją – czyli w przypadku wody: ciśnieniem – musi się przedostać przez maleńkie szczeliny w skałach. Te szczeliny to chwilki, które mam do dyspozycji, by pomyśleć, o czym chcę. Lub porobić, co chcę.

Na przykład ze szkoły i z przedszkola docierają ostrzegawcze informacje o wszawicy. Prawem sugestii natychmiast zaczyna mnie swędzieć głowa. Bardzo. Zatrważająco. W tajemnicy przed rodziną (by nie robić rabanu) wyczesuję się nawet gęstym grzebieniem. – Nic. Dla pewności powtarzam jeszcze dwa razy. – Nic. Jednak ostatecznie swędzenie ustępuje dopiero po tym, jak nacieram się preparatem na wszawicę. Jednocześnie myślę z podziwem o sile autosugestii. Potężna to moc.

Irenka skończyła wczoraj 4 tygodnie – i z miejsca zaczęła nas raczyć pięknymi uśmiechami – jedynymi w swoim rodzaju, całkowicie niewinnymi, bezzębnymi, szczęśliwymi uśmiechami noworodka. Rozczulam się – i natychmiast pojawia się refleksja, jakie to cudowne i znaczące, że ze wszystkich umiejętności poza czystą fizjologią (jedzenie – wydalanie) jako pierwszy u maleńkich człowieczków pojawia się właśnie uśmiech…

Robię korektę gazety z robótkami – dzierganie, wyszywanie, hafty, koronki. Sprawdzając w internecie nazewnictwo różnych ściegów, trafiam na piękne angielskie wzory. Zaurocza mnie groszek pachnący. Długo przyglądam się cieniowaniu płatków, pętelkowym wywijaskom wąsów, którymi groszek chwyta się podpórek. I znów myśl: jak żyją ludzie, którzy mają czas poświęcić długie, bardzo długie godziny na wyszycie obrazu – wykonanie misternego koronkowego obrusu – haftowanie ręczników, serwetek do ust, kuchennych podkładek…? I jak tego potem używać, nie trapiąc się, że sos pomidorowy czy plamka z pesto upstrzy nasze dzieło na zawsze?…

Piszę artykuł o kompetencjach miękkich i zarządzaniu czasem. Myślę przy tym, ilu ludzi, których spotkałam na swej drodze było autentycznie miłych i prawdziwie mną zainteresowanych, a ilu z wyrachowaniem wyspecjalizowało się w mowie ciała i języka, bo było im to potrzebne – zawodowo, prywatnie…? Czy chłopak, który mnie w sobie rozkochał dwadzieścia lat temu, skradł mi serce, bo był tak naturalnie uroczy – czy był zdolnym adeptem kursu uwodzenia?

I tak cały dzień: nad pracą, karmieniem, herbatą, książką, kombinacjami powyższych – przez głowę nieustająco płyną strumyki. Prawdziwy dylemat pisarski nie brzmi „o czym pisać”, lecz „o czym NIE pisać”.

Płatkowska