Moje dzieciństwo przypadło w czasach, gdy w małych miasteczkach nie było specjalnie dużo rozrywek. W moim nie było wtedy ani domu kultury, ani ciekawych zajęć dodatkowych w szkole, ani obiektu sportowego z prawdziwego zdarzenia, ani kina, ani kursu tańca, walk czy robotyki. Pozostawało czytanie książek.

Książki miały tę dodatkową zaletę, że ich akcja działa się daleko poza miasteczkiem, więc ich lektura była dla mnie jak wakacje. Byłam nad morzem i w górach, w strasznym zamczysku, na dziwnej wyspie, w tropikach i krainach lodu.

Kiedy przeczytałam wszystkie domowe książki dla dzieci, zapisałam się do biblioteki. Wszystko mi się w niej podobało. Regały z książkami, między które można było wchodzić – i czerpać, wybierać, trafiać… Kojąca atmosfera cichej, zielonej od roślin czytelni. Zapach. Panie bibliotekarki o cichych głosach i miłych aparycjach. Poczucie przynależności i wtajemniczenia.

Mnóstwo moich czytelniczych podróży zaczęło się w tej spokojnej przystani. Dokonywałam odkryć, ulegałam fascynacjom. Bywałam autentycznie wstrząśnięta niektórymi historiami i ilustracjami. Sama też pisałam: słownik rymów, pół komiksu, parę legend i baśń, w której spotkali się wszyscy moi ulubieni bohaterowie z innych baśni plus jeszcze trochę wymyślonych. Nie widziałam w tym jednak nic nadzwyczajnego. Myślałam, że każdy coś pisze.

Za dwa tygodnie przyjadę do tej biblioteki z Agnieszką jako pisarka. I choć na spotkania autorskie w bibliotekach jeździmy od naszej pierwszej książki, czyli od dwóch lat, przyjechanie akurat tu, do mojej biblioteki, nie przestaje mnie wzruszać, cieszyć i zadziwiać. Jakaż to fantastyczna pętla, zarzucona na czas, na miejsce, na ludzi.

Płatkowska