Nigdy nie miałam kłopotów ze snem. Sen uważałam za dobro oczywiste: krainę, do której mogę wejść zawsze, kiedy tylko zechcę oraz przebywać w niej tak długo, jak będę potrzebowała. Bawiłam się zapadaniem w senną nieświadomość: próbami przypilnowania momentu przejścia z jawy w sen (co się oczywiście nigdy nie udało), opowiadaniem sobie przed zaśnięciem bajek lub przeciwnie: układaniem planów na następny dzień albo rok. Sen tak czy owak bez żadnych awarii przychodził. I trwał.

Bawiłam się też samym śnieniem. Byłam bardzo rada, gdy przyśniło mi się coś pięknego, notowałam sny w pięknych, grubych notesach. Porównywałam sny, szukałam w nich prawidłowości i ciekawych sekwencji, powtarzających się motywów. To

Fascynujące hobby.

Od czasu do czasu usiłowałam snem sterować. Przejmować narrację i władzę nad bohaterką – czyli mną przecież – i zarządzać: A teraz mam skrzydła i przelatuję nad tym kanionem. A teraz znikam, i co mi zrobicie? Przednia, cudowna zabawa – choć i bez niej moje sny były wystarczająco ciekawe.

Dlaczego to wszystko w czasie przeszłym…?

Bo od października mam troje dzieci.

Najstarsza wieczorami wraca z różnych zajęć i ma potrzebę pogadania, pochwalenia się czymś albo trzeba ją skądś odebrać.

Średnia pokrzykuje przez sen. Albo chodzi nocą po całym domu i zwija się w kłębek w rozmaitych miejscach, od kanapy po schody. Albo po prostu przychodzi do naszego łóżka i układa się w poprzek.

Najmłodsza budzi się na karmienie. Wiele karmień. Przewijań. Wzdychań, posapywań, gruchań, ulewań. A gdy ledwo świta, jest już wyspana.

Brak snu to jest cierpienie i dramat. Być może przeżywam go, by wiedzieć, jak to jest; by umieć w pełni współczuć tym, co spać nie mogą i bez dzieci. Staram się znosić to pogodnie i godnie – zwykle się udaje. Jest kawa, są obowiązki, jest hasło, które sobie często powtarzam: „jak się coś musi, to się to robi i koniec”. Ostatnio niestety zaś pękam. Nie jestem już młoda – o czym nieuchronnie będzie w jakimś felietonie niebawem. Nieustannie pracuję – bo nasz plan wydawniczy na ten rok jest bardzo ambitny. Czuję liczne presje, bo jestem ogniwem w różnych przedsięwzięciach – i jeśli nie oddam swego odcinka na czas, wszyscy będą czekali. W efekcie od czterech miesięcy żyję w ciągłej panice. Jeden fałszywy krok – pofolgowanie sobie, kwadrans zmarnowanego czasu, za długi spacer lub kąpiel – a coś się rozsypie. Nie zdążę z artykułem / rozdziałem / felietonem / blogiem. Kogoś zawiodę, może stracę jakąś okazję albo nie wywiążę się z umowy, więc i przelew nie przyjdzie wtedy, kiedy będzie już bardzo potrzebny.

Czy pomału staje się jasne, dlaczego ten blog nie ukazał się jak zawsze we środę…?

W dużym i stałym niewyspaniu żyje się niewesoło. Umysł jest całkiem nielotny – trudno napisać coś ciekawego. Ciało jest ociężałe i niechętne wysiłkom – łatwo się skaleczyć, krojąc chleb, trudno się zmobilizować do jakiegoś wysiłku. Że jest całkiem źle zorientowałam się, gdy zaczęłam gorzej widzieć i tracić pokarm.

Powiedzcie, proszę, rodzice odchowanych dzieci, że to kiedyś minie. Pokrzepcie mnie, że będzie coraz lepiej. Że przyjdzie czas, że znowu będę szczęśliwym, wyspanym człowiekiem. Choć w to, że będę wtedy tracić czas na notowanie snów – dziś trudno mi uwierzyć.

Płatkowska