Obrastam rzeczami, jak każdy. Mam mnóstwo książek, butów, ubrań, kolczyków, naszyjników. Oraz rachunków, PIT-ów, pism z banku, instrukcji obsługi, wyników badań, podpisanych umów. Większą część mojego biurka wypełniają szpargały, z czego pewnie ponad połowę mogłabym wrzucić. Niby to sukcesywnie robię, ale dość oszczędnie, bo: nigdy nie wiadomo, może się przyda, a nuż trzeba będzie gdzieś komuś okazać.

Biurka były kiedyś niemymi świadkami czyichś żyć. W szufladach i schowkach leżały ważne dokumenty, listy, pamiętniki, notesy, albumy.

Moje biurko bardziej przypomina archiwum – prócz papierów formalnych od dłuższego czasu nie dołożyłam do niego niczego, co byłoby prywatne, intymne.

Właśnie pożegnałam swojego teścia. Mąż opróżnił jego biurko. Siedzieliśmy razem nad papierowymi pamiątkami z jego życia. Były tu oczywiście dokumenty emocjonalnie obojętne, jak rachunek za lodówkę z 1988 roku, ale znakomita większość to pamiątki bardzo osobiste: zdjęcia z dzieciństwa, fotografie z późniejszych lat – opisane na odwrocie: data, miejsce, kto, ręcznie wypisane pocztówki, odręcznie kreślone karteczki, listy. W tych pożółkłych kartkach jest życie.

Wiedziona nostalgią sięgnęłam do rzeczy po swoich rodzicach. W ich biurkach też były takie pamiątki. Moją ukochaną są listy, które do siebie pisali, kiedy mama leżała w szpitalu po urodzeniu mnie. „Najdroższy Tomeczku, wreszcie mamy naszą Agutkę”.

A potem pomyślałam, że moje życie prywatne jest na dysku zewnętrznym. Maile, zdjęcia, notatki. A przecież bym chciała zostawić jakąś część siebie – namacalnie.

Wydrukuję wybrane zdjęcia, opiszę je z tyłu i włożę do albumu. Zacznę zostawiać karteczki swoim dzieciom i znów będę pisać do męża – listy w kopercie.

Jeż