To stało się właściwie nagle. Siedziałam przy biurku, place stukały w klawiaturę, pisząc to, co głowa każe. Głowa przewietrzona, bystra, młoda, aż tu nagle… Auć. Jakby mnie prąd kopnął – od dłoni do obojczyka. Ręka zrobiła się lodowata, a w ten lód ktoś mi wbijał tysiące igieł. Zamknęłam laptopa, poszłam czytać książkę. Najwyraźniej się wyeksploatowałam. Odpocznę, jutro będzie lepiej.

Jutro było tragicznie. Od rana ręka napierdalała. Piszę to z całą odpowiedzialnością dyplomowanego językoznawcy i literaturoznawcy, który zna wiele różnych słów. Oraz matki trojga, rodzonych bez znieczulenia. Bolał poród. Ręka napierdalała.

Pani doktor dała plik skierowań. Ortopeda, neurolog, rtg. Dzwonię po tę pomoc.

– Dzień dobry! Mam skierowanie do ortopedy.

– Dzień dobry. 13 sierpnia pani pasuje?

– Nie pasuje (nie jestem przesądna). To trochę późno. Nie planuję złamania nogi w wakacje, tylko boli mnie ręka. Bardzo, bardzo. Teraz.

– Rozumiem. Ale takie mamy terminy.

I tak w kilku miejscach. Pies cię drapał, Radziwille. I ten twój NFZ. Rozbiwszy okowy zależności funduszowo-ubezpieczeniowych, udałam się do na cito do prawdziwego, namacalnego lekarza prywatnego, który czekał na mnie ze strzykawką i sterydami. Pamiętam jeszcze słowa: „…a teraz przedzieram się przez ścięgna”. A potem już tylko ciepłą ciemność.

Za to teraz ręka prawie jak nowa.

W tym samym czasie trafił na izbę przyjęć mój teść. Poczuł się źle, ciśnienie spadło, zapętlenie się pojawiło. Co robić? No to do szpitala. Po sześciu godzinach lekarz go obejrzał. „Stan bardzo ciężki”, wpisał w kartę. Chociaż teść nie stał, tylko siedział. I w końcu się doczekał. Może to nie taki zły system? W końcu gdzie się spieszy człowiekowi, który ma lat dziewięćdziesiąt pięć i jedenaście miesięcy? No gdzie?

A to wszystko piszę na początku roku, gdy się życzy. Powyższe doświadczenia każą życzyć zdrowia. I jeszcze raz zdrowia. Tradycyjnie też szczęścia. I słusznie, bo te dwie rzeczy są ze sobą powiązane.

Poczucie szczęścia dziedziczymy. Kto ma odpowiednie allele, ten będzie szedł przez życie żwawszym krokiem i do tego podśpiewując. Będzie mniej chorować, a jak zachoruje, to szybciej wyzdrowieje. Zgrabniej się podniesie po życiowych upadkach. Taką chęć na życie ma się po przodkach. Wiadomo – w twardych warunkach przetrwali silniejsi. Mniej humorzaści. „Ostały się tylko te linie genetyczne, które nie traciły pogody ducha, niezależnie od tego, ile białych niedźwiedzi szarżowało na osadę. Przeżyli potomkowie napalonych na życie. Ciepłe warunki klimatyczne rozleniwiają” – tłumaczył profesor Czapiński.

Naszym samopoczuciem steruje ośrodek nagrody, który się uruchamia, kiedy robimy dobre dla siebie rzeczy. Składa się on z ośrodka lubienia i chcenia. I już jesteśmy w domu. Chcieć i lubić – bez tego się nie przetrwa. Ani niedźwiedzi, ani NFZ-etu.

Chciejcie i lubcie. Dla siebie i dla potomności.

Najlepszego 2018!

 

Jeż