Żyję w niedoczasie. Dzień jest za krótki. Tydzień ma za mało dni. Miesiące były kiedyś dłuższe. Ale się nie daję – planuję, wpisuję w kalendarz, zarządzam. Nie mam pustych przebiegów – jestem mistrzem logistyki.

Życie pędzi, a ja razem z nim. Tyle się dzieje, wciąż coś nowego. Ciągłe lekkie drżenie, natłok myśli, kotłujące się emocje. Nic dziwnego – jestem przecież taka żywiołowa i pełna pomysłów. I trochę zmęczona. No to pojadę na wakacje – też takie ekscytujące, fajne, zamorskie. Wypoczywam – równie energicznie jak żyję.

Jest fajnie, choć gdzieś się tli jakiś nienazwany brak. Niedosyt w przesycie.

Tak było jeszcze dwa tygodnie temu. Od połowy sierpnia jest zupełnie inaczej.

Szeroka droga, dobre warunki, szybka jazda i nagle na łuku drogi mnie wyrzuca. Z pędu, rozgardiaszu, samych ważnych spraw, które dopominają się uwagi, trafiam do zupełnie innego świata. Tam czas płynie zupełnie inaczej. Właściwie to niemrawo ciurka. Nikt się nie spieszy. Jest cicho i spokojnie.

Zostawiam tam tego, którego kocham, i wracam do swojego życia. Już trochę wolniej, spokojniej. Wieczorem nie włączam wiadomości, tylko siedzę po ciemku na tarasie i patrzę w niebo.

Następnego dnia wstaję rano, robię to, co zwykle, a potem jadę do szpitala. Nie włączam radia, wyłączam komórkę. Przez godzinę patrzę po prostu na drogę. Pewnie myślę, ale nie pamiętam o czym.

Na miejscu przestawiam się jeszcze bardziej. To, co jeszcze niedawno było esencją, tam wygląda kosmicznie. Życie jest tam inaczej definiowane. Wziąć spokojny oddech i potem kolejny. Móc się przespacerować, choćby przy ścianie. Samodzielnie skorzystać z łazienki. Zjeść kilka łyżek rosołu. Życie jest proste i namacalne. Proste i namacalne rzeczy cieszą. Drugi człowiek cieszy najbardziej.

Już wiem, do czego tęskniłam. Przypominam sobie, jak dobrze jest siedzieć i rozmawiać przez kilka godzin, bez pikania telefonu i robienia „przy okazji” innych rzeczy. Ile ciepła daje trzymanie kogoś za rękę. Patrzenie, jak śpi.

Kiedy nie jestem tam, jestem tu. Nie umiem i nie chcę się przełączać. Przenoszę tę niespieszność i prostotę. Nie muszę być ze wszystkim na bieżąco. Nie włączam telewizora. Rzadko jestem na FB. Pracuję w wyznaczonych godzinach. Zwolniłam. Okroiłam życie z wielu rzeczy. Niedosyt zniknął.

Szybko się przyzwyczajamy do dobrego. Jest dobrze, to chcemy, żeby było jeszcze lepiej. Cieszą coraz fajniejsze rzeczy. Poprzeczka coraz wyżej – cofnąć się trudno, można tylko do przodu.

Gnałam tak i ja; nie wiem, czy bym wyhamowała.

„Przypadek to słowo pozbawione sensu; nie ma niczego, co nie miałoby swoich przyczyn”, pisał Voltaire. Mógł mieć rację. Przyczynami się nie zajmuję, ale za skutki jestem losowi wdzięczna.

Jeż