Każdy bywa smerfem Marudą. Ja dzielnie przewalczam te ciągoty, ale czasem się osunę w malkontenctwo. Najlepiej w takich przypadkach robi dobry przykład. I dziś się trafił. Siedzimy w kawiarni, a przy stoliku obok dwóch panów i pani. Wiek – w sumie mieli około trzech setek. Pan opowiada: „Dziś ciuteńkę gorzej się czuła, to przykryłem ją kocykiem i odpoczywa. Ale normalnie to jest dobrze. Bardzo dobrze. Parę lat temu bardzo chorowała, wciąż chodziła do lekarza. Wątroba niedomaga, tak mówił doktor. Diagnozę z dotyku wysnuł. Brała leki, poprawy nie było, no ale trzeba mieć cierpliwość, zwłaszcza że wiek ma swoje prawa. Aż kiedyś doktor pojechał na urlop i inny Zosię przyjął. I od razu do szpitala skierował. Tam badanie w tej tubie i operacja. Taki młody doktor operował. No młodziutki. Trochę się bałem, bo widać, że bez praktyki, ale jak po tej operacji wyszedł z sali, to się cieszył jak dziecko, że mu się udało. Wyciąć ponad metr jelita i dobrze zszyć końce – ho, ho, ho! No i ze Lwowa, więc lubiłbym go i tak. Zresztą jak się okazało, że ten nasz doktor to się mylił co do wątroby, to też się nie obraziłem. Zostawiłem wypis w rejestracji przychodni, żeby go nie stresować. Niech się dowie, bo trzeba się uczyć na błędach, ale krzyczeć po co? Po tej operacji inne życie, bo karmienie tylko rurką. Duży worek, a tam wszystko, co trzeba: witaminy i minerały. Dwanaście godzin musi skapywać, ale co za problem – w łóżeczku, powoli. Trochę się śpi, trochę poczyta i już. Pewien problem z tymi zastrzykami, którymi trzeba rurkę przeczyszczać – każdego dnia. Wcześniej kosztowały trzy złote, teraz trzydzieści. To cała renta żony. Jednak póki człowiek żyje i ma chęć żyć, to co tam pieniędzy żałować. Na słuszny cel idą. I jeszcze jedno dobre: okazało się, że ja umiem się żoną opiekować. Szkolenie zrobiłem, bo to wszystko musi być sterylne. Glejt mam od pielęgniarki. Więc widzicie – bardzo dobre mamy życie, nie ma na co narzekać”.

O Wielki Smerfie – to najsmerfniejsza historia, jaką słyszałam.

Jeż