Kiedy człowiekowi przybywa lat, zaczyna się zastanawiać nad przyjętymi określeniami dotyczącymi wieku: młodość, wiek średni, wiek dojrzały, starość.

Po kolejnych okrągłych urodzinach zawsze dumam, do której grupy teraz należę. W sercu ciągle maj. Ciało wciąż sprawne, w ciuchach, które nie wskazują na metrykę. Zachowanie też nie sugeruje zbytniej stateczności. To może mogę bez wahania mówić o sobie: młoda? Mogę!

Zadowolona z takiej konkluzji, wracałam w sobotę z wypadu do centrum. W eskaemce cieplutko, przyjemnie, a na zewnątrz zdecydowanie mniej przyjaźnie: minus dwanaście stopni, zmrok i wiatr, który potęguje uczucie chłodu. Wysiadłszy, chciałam od razu się teleportować do domu.

I wtedy ją zobaczyłam. Miała kilkanaście lat. Może końcówka gimnazjum, a może już liceum. Wysoka, szczupła. Rozwiane blond włosy (czapki brak), poły kurtki łopoczące na wietrze, cienka bluza. Ale najgorsze było niżej: spodnie 7/8, dodatkowo podwinięte, odsłaniały gołe kostki i kawałek łydki. Skarpetki kostkówki, tylko brzeżek wystawał z adidasów – cieniutkich, materiałowych.

I nagle zrozumiałam: młodość jest wtedy, gdy wychodzisz tak z domu przy kilkunastu stopniach mrozu. I wytrzymujesz, bo najważniejsze jest, by odpowiednio wyglądać. Jak inni młodzi.

Wcisnęłam puchaty toczek na uszy, szczelniej owinęłam się szalem, poprawiłam ciepłe rękawice i w grubych filcowych botkach poszłam do domu. Zostawiając młodość na peronie.

Jeż