Młodzież i telefony komórkowe to temat drażliwy. Już sam nastolatek jest trudny w obsłudze, a nastolatek w połączeniu z komórką to materiał wybuchowy, czuły na najdelikatniejszą iskrę uwagi ze strony rodzica.

Poczucie, że mimo trudnych warunków, należy działać, naszło mnie, gdy moja nastolatka przestała się rozstawać ze swoim telefonem – przyrósł do niej, jak huba do drzewa. I siał podobne spustoszenie jak ów pasożyt na drzewach.

– Po co zabierasz ze sobą tę puszkę?

– To powerbank. Gdyby mi się telefon rozładował, to go naładuję.

– Nic się nie stanie, jak się rozładuje.

– Jak to nie? Zgubimy się. Tu mam mapy, GPS i inne rzeczy.

– Jesteśmy w centrum Wrocławia, nie nad Bajkałem. Przeżyjemy.

– Ale muszę być w kontakcie.

– Dzień dobry. Jestem obok. Kontaktuję jeszcze.

– Nieee… z innymi też. I muzyki słucham. I czytam wiadomości. I piszę do Julki…

Basta. Ale jak to zrobić bez rozwiązań siłowych, rozlewu krwi, melodramatycznych szlochów, utraty twarzy i autorytetu, czyli nie pobrudzić białych rękawiczek dobrej mateczki?

– Dziecko, musimy porozmawiać o tobie i twoim telefonie. Za dużo go używasz, zdecydowanie. Martwię się. Trzeba coś z tym zrobić.

– Chyba mi go nie zabierzesz? To prezent od ciebie, powtarzasz, że jak coś komuś dajesz, to już na zawsze.

– Zdecydowanie. Jest twój.

– I w ogóle go potrzebuję, żeby ci mówić, kiedy kończę lekcje, i dzwonić w różnych sprawach.

– Zgadzam się. Nie odetnę cię od łączy.

– Czyli co?…

– Pomyślałam sobie tak: twój telefon, jesteś już duża i mądra, korzystaj, ile chcesz.

– Dobra, to gdzie haczyk?

– Jeden warunek: telefon będzie zawsze w salonie. A ponieważ ty tam, gdzie twój telefon, to ty również w salonie. I żadnych ograniczeń poza tym. Stoi?

– Phi. Stoi.

Pierwszego dnia dziecko po szkole – buch na kanapę w salonie – i dawaj, paluszki na klawiaturze, piknięcia co chwilę.

– O, a ty tu pracujesz, mamo?

– Tak. Większy stół, noszę teraz stabilizator na ręce, tak mi wygodniej. Nie przeszkadzaj sobie.

Dziecko popatrzyło i dalej śmigało po równoległych światach. Choć trochę jakby wolniej. Mniej entuzjastycznie. Czas płynął. Pracowałam na różnych frontach, dziecko wysiadywało puch w kanapie.

– Co tam, słońce? Ja napisałam kawałek kolejnego rozdziału nowej książki, felieton do Polek, wstawiłam zupę. A ty?

– No, już się zbieram, zaraz. Momencik.

Momenciki to umowne jednostki czasu. U nas w domu – około półtorej godziny.

Drugiego dnia schemat podobny. Plecak rzucony w przedpokoju, skok na kanapę i intensywny kontakt z telefonem. Ja przy stole, pracuję.

– No i co tam w świecie słychać? – pytam miło po godzinie.

– Gdzie?… A, no już, już kończę.

Już jest krótsze od momenciku. Tak z pół godziny.

W tym czasie wycieram kurze, podlewam kwiatki, odpowiadam na maile, wynoszę śmieci. Zawadzam odkurzaczem o nogę dziecka zwieszającą się z kanapy.

– O, przepraszam, to przez ten kręgosłup, tak mnie boli ostatnio. Niezdara jestem. Nie przeszkadzaj sobie, kochanie, za kwadrans kończę odkurzać. Jeszcze raz przepraszam.

Dziecko patrzy. Jakoś dziwnie.

Dzień trzeci. Klasyk. Buty zzute, myk na kanapę.

Tym razem nie stukam w klawisze, tylko popijając herbatę, patrzę na dziecko.

Dziecko, wyczuwszy mój wzrok, podnosi głowę znad komórki.

– Mamo, dlaczego mi się tak przyglądasz?

– Bo cię kocham. Lubię sobie posiedzieć z tobą w jednym pokoju. Ale nie stresuj się, przecież nie musisz przerywać tego, co robisz. Już nie przeszkadzam, wracam do pracy.

Po kilku dniach dziecko utraciło pierwotny luz. Co chwilę nerwowo rozglądało się znad komórki. Nie mogło się skupić na klawiszach i ekraniku. Telefon coraz częściej samotnie leżał na stole.

Po miesiącu dziecko ma posprzątany pokój, było kilka razy z psem w lesie, budzi się samo rano i jest przytomne, startuje w wyborach do młodzieżowej rady dzielnicy, chodzi za mną na spacery, gada z rodzeństwem. I zaczęło się uczyć.

Teraz ja się stresuję – jak unieść tyle szczęścia naraz?

JEŻ