Pewnego letniego dnia pojechałam na przejażdżkę na rowerze. W tej części miasta mieszkam od trzech lat, więc wciąż jeszcze trafiam na niepoznane wcześniej uliczki czy leśne dróżki. Tego dnia dotarłam pod jakiś dom – i musiałam na chwilę stanąć – rozwiązany but czy coś. Moją uwagę przykuło tam coś, co wyglądało jak… koniczyna. Ale jaka! Wielkości dłoni, kwitnąca, jota w jotę czterolistna. Rosła kępami, przez całą długość płotu wzdłuż tego domu i wyglądała prześlicznie.

– Cóż to jest? – spytałam bez namysłu panią po drugiej stronie płotu.

– A, nie wiem – odparła. – To bratowa lubi rośliny i ciągle coś sadzi. Zaraz ją zawołam. Laaalaaa…!

Lala okazała się drobną uśmiechniętą staruszką. Chyba było jej miło, że coś mi się spodobało. Pokazała mi resztę ogrodu i opowiedziała, czym mogłaby się ze mną podzielić, dodając, że najlepiej zrobić to jesienią. Zagadnęła pogodnie, gdzie mieszkam. Określiłam z grubsza, napomknąwszy, że dom kupiliśmy niedawno.

– A, to wiem – ucieszyła się bratowa Lali. – Naprzeciwko Grześka – wyjaśniła z kolei jej.

Nie wzięłam wtedy niczego – był upał, nie wracałam jeszcze do domu, nie chciałam być nachalna… Lecz spodobała mi się Lala i jej pasja. W sierpniu, gdy obrodziły nam antonówki, zawiozłam jej dwie torby. I więcej tam nie pojechałam – bo mam wprost obsesję nienatrętności.

Dziś rano spostrzegłam przez okno, że ktoś powiesił nam na płocie dwie torby czegoś. Nijak nie mogłam się dopatrzeć, co w nich jest. Grzyby? Tylko kto, u licha, miałby nazbierać nam grzybów…?

Wyszłam z domu, zdjęłam je ze sztachet i zajrzałam do środka – a w nich, pewno już wiecie – była cała masa cebulek tej ślicznej koniczyny – i różnych innych roślin.

Żyjemy między ludźmi. Nie zapominajcie o tym!

Płatkowska