Wczoraj byłam w kinie. Przed seansem, wiadomo, reklamy. Dwadzieścia pięć minut reklam. Dzień przed mikołajkami, niecałe trzy tygodnie przed gwiazdką, więc wszystkie dotyczyły prezentów.

Gdybym była przybyszem z obcej planety, to wyszłabym z sali kinowej z przekonaniem, że świętowanie polega na kupowaniu bliskim elektroniki, ze szczególnym wskazaniem na telefony komórkowe, ewentualnie tablety lub laptopy. W ostateczności – to pewnie wariant dla tych, co się spłukali, kupując bilet na film, można nabyć jeden z brunatnych napojów gazowanych, który jest lepszy od tego drugiego. Producent dziękuje za „wspólne emocje”. Emocje są wywoływane w każdej reklamie i wypychane na pierwszy plan. „Nie kupujesz telefonu, kupujesz emocje”, „Nie dajesz nawigacji, prezentujesz przeżycia”, „To nie klawiatura, to sposób na bycie blisko”.

Akurat.

Trochę starsi pamiętają jeszcze, jak to było kiedyś. Liczył się drugi człowiek, ten obok, i to, co między nimi, dostępne bezgotówkowo (i bez karty też).

Podobnie wyobrażają to sobie dzieci, dopóki ich marketing, za pozwoleniem rodziców, nie schwyci w swoje łapska.

Był taki moment – nikt nie jest doskonały – kiedy wydawało mi się, że fajny prezent (czytaj: elektro-, modny i z gadżetami), to jest to. Szybko jednak zabrakło mi takich pomysłów (kasy zresztą też, co nie zawsze jest złe, jak się okazuje). „No dobra”, powiedziałam, „piszcie, dzieci, co byście tam chciały dostać”. Na dwóch kartkach było nagryzmolone to samo: „Spędzić z Tobą, i tylko z Tobą, mamo, cały dzień”.

I to dopiero były emocje! Czaderskie wnętrza z wesołym dżingle, dżingle i całą rodziną obfotografowującą się nowymi komórkami w różnych konfiguracjach nawet im do pięt nie doskoczą.

Powrotu do korzeni nam wszystkim życzę, nie tylko pod choinką.

PS A gdyby emocji jeszcze brakowało, to marsz do kina na „Najlepszego”. Film o czasach, gdy komórki wykorzystywano tylko jako składziki na węgiel.

Jeż