Wczorajszy dzień spędziłam w podróży. Pobudka o 4.30. Podróż ciemnawą autostradą na lotnisko. Tam – dwugodzinne miarowe przesuwanie się do kolejnych etapów – w tłumie, ostrym świetle, slalomie między sklepami bezcłowymi, z bagażem, wózkiem dziecięcym, w trochę za ciepłym ubraniu. Następnie samolot. Niemal wszystkie miejsca zajęte, różne małe awanturki wybuchające to tu, to tam. Dalej – podróż do domu: dwoma pociągami i autobusem, bo się uparłam, by poczuć się młodo i nie brać taksówki. Razem: dziewięć godzin w drodze, w dodatku w roli przewodnika grupy – czyli osoby najstarszej, odpowiedzialnej, w każdej chwili do dyspozycji.

Wieczorem zaskakuje mnie brak snu. W ciemnym pokoju wciąż wyświetlają się niechciane obrazki: autostrada, lotnisko, samolot, stacje, pociągi, przystanki. Autostrada, lotnisko, samolot… Na kolejnych stacjach do głowy wsiadają kolejne migawki, z poprzednich dni – miejsca, ludzie, wysłuchane historie, spostrzeżenia, detale. Przed tym, co siedzi w głowie, nie ma jak zakryć oczu ani uszu. Przeładowanej głowy nie można zgasić albo wyłączyć jak lampę czy telewizor. Nie da się też pozamykać w niej zbyt wielu otwartych okien jak w przeglądarce w komputerze: przeciwnie: wciąż otwierają się nowe, i nowe, i nowe… W takiej głowie sen nijak nie chce się zmieścić.

Właściwie – są różne sposoby: można się upić do utraty świadomości. Można ją też wyłączyć, nawet raz na zawsze. Albo obrać metodę najmniej efektowną, na której rezultaty trzeba czekać, w dodatku nie wiadomo, jak długo. Mianowicie: spróbować odzyskać wewnętrzny spokój. Teraz właśnie w taką podróż ruszam.

Płatkowska