Czy ja byłam dobrym dzieckiem?

Dobrze się uczyłam, nie trzeba mnie było ściągać rano z łóżka, wychodziłam z psem na spacer, miałam porządek w pokoju – czyli ptaszek postawiony przy newralgicznych punktach z listy wymagań rodziców.

Dalej jednak róż blakł, bilans pikował ku zeru: byłam uparta, uporem nie do przezwyciężenia. Chciałam jeść tylko żółty ser i dżem truskawkowy. Nie czesałam i nie spinałam włosów. Obgryzałam paznokcie. Cały czas gadałam. Robiłam dziury w rajstopach. Ganiałam z chłopakami po osiedlu. Zamiast siedzieć na zetpetach, czytałam książki w parku. Ufarbowałam włosy na zielono. Nie nosiłam czapki w zimie. Wybrałam liceum, nie mówiąc nic rodzicom.

Czy moja Mama była dobrą mamą?

Najlepszą na świecie. Była piękna, mądra i dobra. Delikatna i subtelna.

Nie byłyśmy jak dwie krople wody, zdecydowanie nie – powierzchowność odziedziczyłam po tacie, co do charakteru to oboje rodzice twierdzili, że to muszą być odległe geny. I nie po ich stronie.

Jeśli marzyła o schludnej córce w ładnie spiętych włosach i czystej sukience, córce grzecznej i ułożonej, spokojnej i miłej, to nie spełniałam tych marzeń. Na pewno nie byłam taką córką, jaką ona była.

Jednak za każdym razem, w każdej sytuacji, stawała za mną murem. „Wierzę w ciebie”, powtarzała. „Jesteś mądra”, mówiła. „Rób to, co daje ci satysfakcję”.

Mama kochała mnie miłością absolutną – zarezerwowaną tylko dla matek. I równie absolutnie mnie akceptowała.

Ze wszystkich maminych przymiotów ten ostatni był najważniejszy. Mama brała mnie taką, jaką byłam. Niczego we mnie nie chciała zmieniać i naprawiać. To dzięki niej lubię siebie i mam odwagę do życia.

Bardzo Ci za to dziękuję, Mamo. Każdego dnia.

 

Jeż