Anglicy mają bardzo wygodne powiedzenie: zrobiłeś mi dzień. To, co właśnie uczyniłeś, było tak fajne, pozytywne, tak mi się podobało, że dzięki tobie ten dzień zaliczam do udanych. To daje do myślenia: jak dużo zależy od ludzi, których co dzień spotykamy, ich kontaktów z nami, zachowań i reakcji. Tego, czy komuś chce się odrobinkę wysilić i uśmiechnąć, albo dobrze doradzić, albo pokierować, tak byśmy szybko załatwili jakąś sprawę.

W sobotę byłyśmy z Jeżem na spotkaniu z blogerkami w Sosnowcu. Jechałam tam z niemałą obawą – musiałam bowiem wziąć ze sobą pięciomiesięczną córeczkę. Tymczasem zima nagle wróciła i ścięła świat mrozem, a dzwoniąc na informację PKP, dowiedziałam się, że wybranym pociągu miejsc dla matki z dzieckiem nie ma, miejsc na wózek nie ma, właściwie żadnych udogodnień nie ma.

Pierwsza miła niespodzianka spotkała mnie już na peronie. Gdy wysiadłam z wózkiem z windy, wprost w lodowaty cug, pociąg już stał. Stała też młodziutka konduktorka. Zaraz dotarł też Jeż. Zagadnęłyśmy ją, którymi drzwiami mamy wsiąść, by znaleźć się jak najbliżej naszych miejsc. Ona jednak pokierowała nas zupełnie inaczej, i jeszcze pomogła wnieść wózek (wiele razy tego dnia zachodziłam w głowę, gdzie są te legendarne udogodnienia dla inwalidów…?).

– Z dzidziusiem to przecież do przedziału dla matki z dzieckiem!

– Ale my nie mamy biletu na taki przedział. Według informacji miało go wcale nie być!

– To nic. Należy wam się i tam będzie wam najwygodniej.

Przedział był luksusowy. Ciepły, cichy, miękko wyściełany, tylko dla nas. Konduktorka przychodziła jeszcze parę razy sprawdzić, czy niczego nam nie brakuje. Albo zwyczajnie pobawić się z dzidziusiem. Dziękowałyśmy po wielokroć, gotowe pisać listy pochwalne do pracodawcy tej miłej pani albo wysyłać jej książki z dedykacją – ale nie chciała nic w zamian.

W tak miłej atmosferze dotarłyśmy do Sosnowca.

Już przez szybę zobaczyłyśmy, że czekoladziarnia, gdzie odbywało się spotkanie, była pełna. Weszłyśmy – nasze spotkanie miało się zacząć za minutę – kiedy to Irenka się obudziła. I w krzyk. Z pierwszego stolika poderwała się pani.

– Ja się zajmę – powiedziała. Choć przecież przyszła tam, by sobie posiedzieć, sączyć kawę, jeść czekoladki i słuchać rozmowy o książkach, a nie bawić cudze dzieci.

Ale czy było inne wyjście? Pani całą sobą budziła zaufanie: typ – zadbana młoda babcia (była zresztą z wnuczką), wprawnym ruchem przejęła ode mnie Irenkę – i przez godzinę nosiła ją, tuliła, kołysała, dając mi uspokajające znaki, że wszystko w porządku.

Ta sobota była ze wszech miar udanym dniem. Lubię Jeża, lubię podróżować, lubię spotkania autorskie i czekoladę; w postaci dwóch wisienek na torcie na spotkanie przyszły koleżanki, z którymi jako nastolatka dzieliłam pokój na kursie włoskiego w małym włoskim miasteczku, lata całe się nie widziałyśmy i naraz znów są: i to tak fajnie i zgrywne jak kiedyś. Tych pozytywów mogłam się jednak spodziewać – a nieoczekiwana, serdeczna pomoc nieznajomych kobiet zrobiła mi dzień. Pani Ewelino i Pani Zdzisławo – dziękuję! <3

Płatkowska