Kilka dni temu czekałam na pociąg w galerii handlowej przy dworcu. Usiadłam w przestronnym hallu, na jednej z dużych, miękkich kanap. Dokoła sporo młodych, sparowanych ludzi; nic dziwnego – już zmrok, chłodno, mżawka. A tu ciepło, migotliwie, przytulnie. Kiedy się ma naście lat, to szuka się takich miejsc, by przyjść tam z ukochanym/ukochaną (w domu przecież nie ma warunków, bo za ścianą matka albo ojciec, młodsze rodzeństwo i tak dalej) i… wyciągnąć swoje telefony, by ślizgać po nich paluchami, z rzadka tylko się poszturchując i coś sobie nawzajem pokazując. Patrzyłam na nich, wspominałam swoje nastoletnie „chodzenie” i nie znajdowałam żadnych podobieństw. Oni nie rozmawiali ze sobą, nie splatali dłoni, nie patrzyli sobie w oczy, nie obcałowywali się, chowając za włosami lub kołnierzami – żadnych ludzkich gestów, zachowań. Byli pojedynczy, mimo że w parach. Między nim, jaki miecz Damoklesa – ich komórki.

Nie potrafiłam ich sobie wyobrazić w zwyczajnym życiu, z domem, dzieckiem, podczas wakacji, deszczowego weekendu, ani na dobre, ani na złe.

Dziś, dla odmiany, zupełnie inne doświadczenie. Wszystkich Świętych to dzień, w którym umarli mają pierwszeństwo. Zapach świec miesza się z wonią chryzantem, wosk plami bruk, łuna rozjaśnia okolice cmentarza. Jest zaduma i cisza, jakby życie stanęło. A jednak…

Szłyśmy z Jagodą cmentarną aleją, a ja wyłapywałam fragmenty rozmów: „…no ale porównaj bieżniki, przecież cena skądś się bierze…”, „…ja nie wiem, czy to był on, bo wyglądał jak jakiś łachudra, no a zawsze był zadbany. Choć po tym, jak żona go zostawiła…”, „…ten płaszczyk czarny był bardzo elegancki, mówię ci…”, „wujek, świeć Panie, to był równy chłop, takich teraz nie robią…”, „…chodźcie do nas, flaki nastawiłam, co będziecie do siebie wracać, razem trzeba być…”.

I to ostatnie zdanie przywołało z pamięci opisany na początku obrazek. Tam nie było życia. Tu, wśród grobów – było go zdecydowanie więcej.

Prawda, ci wszyscy rozmawiający byli w moim wieku lub w moim wieku plus. Analogowi. Wzruszyła mnie ta prostota i zwyczajność – przyszli zapalić świeczki, stali wokół grobu, a atmosfera jak z imienin cioci Janki. Jak za życia, tak po śmierci.

Próbowałam sobie wyobrazić tych młodych na naszych miejscach. Nie poszło. Może im się zmieni – zanim ktoś do nich przyjdzie – ze zniczem. I komórką.

JEŻ