Po zmarłych pozostają mi głosy. Głos babci do kompletu z charakterystyczną miną: ładne, pełne, nieco odęte usta zebrane w namyśle w dzióbek i puszczone wolno, jak ćwiczenie – przeciągnięcie się lub wyprost. Głos dziadziusia, najdźwięczniejszy ze wszystkich głosów, jakie znałam. Głos taty, zawsze nieco dowcipkujący, ironiczny, bawiący się słowem, rytmem, sytuacją. Głos starszej pani, sąsiadki, która przez parę lat wyprowadzała mi psa.

Dziś do tego grona dołączył głos naszej niani.

Wszyscy ci ludzie rozganiali mi chmurną samotność – samotność dziecka, potem samotnej matki; nawet teraz, w małym domu i dużej rodzinie czasem jest się samotnym. Zawsze jesteśmy trochę samotni.

Z głosami tych drogich mi ludzi łączą się nierozdzielnie pewne frazy, które kiedyś wypowiedzieli – i które zapadły mi w pamięć wedle niepoznanego algorytmu: dlaczego akurat te – nie wiem i nigdy się nie dowiem. Dziadziuś zachęcający mnie do śpiewu, dając własny przykład: „Już nie będziesz, motylku skrzydlaty…”. Tata wyśpiewujący naprędce zmontowane okolicznościowe piosenki. Sąsiadka – drobniutka emerytka, która w mowie nigdy nie przestała być przejętą dziewczynką – świeżą, ciekawą świata, mówiąca z charakterystyczną sapką: „Pani Paulinko…? Niech się pani nie gniewa, że pytam – ale kim pani jest z zawodu? Bo że kimś ciekawym, to pewne. Pani używa w rozmowie całkiem innych słów niż reszta ludzi!”.

Śniło mi się ostatnio, że zadzwoniła. Rozmawiała ze mną długo i o wszystkim, co lubiłyśmy – o roślinach, o kwiatach, o życiu, o moim psie, już staruszku – a ja wciąż nie wiedziałam, jak jej najdelikatniej powiedzieć, że ona przecież nie żyje. Że już rok temu, w brzydki wiosenny dzień byłam z dziewczynkami na jej pogrzebie.

Z nianią mam wspomnienia najświeższe – bo przecież dopiero co u nas była, przychodziła dziarskim krokiem, prędko zzuwała buty w ganku, by pędzić do swej kochanej Tereni, a potem także Irenki. Troskliwa, opiekuńcza, ciepła i szczodra. Najelegantsza pani w okolicy – a u nas zgrywna i skoczna; na czworakach, w podskokach, szczebiocząca do moich córeczek niczym Irena Kwiatkowska w „Ptasim radiu” – byle tylko malutkie bawiły się z niezmąconym humorem lub zjadły porcję zupy.

Jej głos dźwięczy mi dziś najmocniej. Chodzę po domu, popłakując i ukrywając się przed Teresą, która wiedziona niezawodną dziecięcą intuicją, wciąż chce dzwonić do Eli cioci. Wieczorem, gdy wszyscy są już chyba w łóżkach, myję zęby – i czuję, jak któryś z domowników krzepiąco klepie mnie po łopatce. Podnoszę znad umywalki głowę, spoglądam w lustro – lecz tam nie ma nikogo. I już wiem. Gdy byłam dzieckiem, ktoś tak samo przed snem głaskał mnie po włosach.

Dobrze, że znajdują do nas drogę. To jedno z największych pocieszeń.

 

Płatkowska