Zaczęło się niewinnie. Odwiedziła mnie mama – a w ramach rozrywki do pociągu miała ze sobą gazetkę dla pań 60+. Byłam ciekawa, czym się taka gazetka różni od magazynów dla młodszych kobiet, więc ją pobieżnie przejrzałam.

Każda strona wydawała się interesująca.

Na jednej był przepis, jak zrobić dla męża pastę obniżającą ciśnienie – wraz z radami, jak mu ją serwować, żeby podejrzliwiec się nie zorientował, że je coś dla zdrowia. Na innej były metody na ciężkie nogi. (Czy mam ciężkie nogi po całodziennym ganianiu za trzema panienkami? Mam, jak diabli! Więc zrozumiałe, że byłam ciekawa). Na jeszcze innej – porady, by się ubierać kolorowo, bo to poprawia nastrój. Lubię się ubierać kolorowo – więc i ten artykuł mi się podobał. Na kolejnej stronie trafiłam na przepis na domowej roboty proszek do prania – i ten przepis bardzo mi przypadł do gustu. Był banalny – i tak obiecująco ekologiczny… Taki ekoproszek doskonale by się wpisał w mój styl życia – z pieczeniem chleba na zakwasie i myciem blatów kuchennych wodą z sodą…

Mniej więcej w tym samym czasie odwiedziła mnie położna środowiskowa (oczywiście na okoliczność urodzenia dziecka). Jako że dla niej była to trzecia wizyta, a dla mnie trzecie dziecko, tematy połogu, karmienia, układania na brzuszku etc. miałyśmy już przerobione. Rozmowa zeszła więc na temat prebiotyków. Zaintrygowały mnie te prebiotyki. Obiecałam sobie, że w wolnej chwili (ha, ha) poszukam o nich więcej informacji.

I tak splot dwóch tych okoliczności kazał mi pewnego dnia siąść do komputera i przeczesać przeglądarkę pod kątem prebiotyków i ekoproszków. Dowiedziałam się rzeczy wspaniałych. Że prebiotyki niesłychanie wpływają na przyrost dobrej flory bakteryjnej w jelitach. Oraz że najsilniejszymi prebiotykami są korzeń cykorii i guma arabska.

Do jelit mam szczególną słabość. Ponoć 80% chorób bierze swój początek w jelitach (czyli w złej florze). Kto – świadom tych faktów – nie kupiłby sobie korzenia cykorii i gumy arabskiej?…

Dalejże więc – ruszyłam na portal aukcyjny kupować te specyfiki.

Ale, ale. Dla mnie przekroczenie onegoż portal to jak wejście w otchłań. Nigdy bowiem nie zatrzymuję się na znalezieniu tego, czego szukam i trywialnym kliknięciu “kup teraz”. Ja bardzo nie lubię, gdy jakaś okazja przechodzi mi koło nosa, dlatego muszę wnikliwie sprawdzić, co jeszcze ma w swojej ofercie Sprzedający. A że Sprzedający mają średnio po 70 stron wszelakich dóbr – to utknęłam na amen. Tak odkryłam nieprzebrany ocean dobroczynnych substancji. Sól Epsom i sodę kalcynowaną; sól himalajską, najzdrowszą na świecie i boraks o milionie zastosowań w domu i obejściu; mydło marsylskie oraz po czym poznać, że to prawdziwe marsylskie.

Moja fascynacja sięgnęła zenitu. Zaczęłam kupować. Na kilogramy, bo jak coś ma million zastosowań lub jest najzdrowsze na świecie, to chyba warto mieć tego zapas, prawda?

A potem wpadłam na genialny plan. Czy ja dobrze życzę bliskim? – Rzecz jasna, przecież to dla nich ten chleb, i zakwas, i ekoproszek, i sól…

A tym bliskim, z którymi nie mieszkam pod jednym dachem? Jak najbardziej! Szybko więc przeliczyłam, ile osób siądzie z nami w tym roku przy wigilijnym stole i zwielokrotniłam nabytki.

Czuję się doskonale. Nie, nie dlatego, że już wdrożyłam wszystkie kuracje. Czuję się doskonale, bo w tym roku zamiast zestawów płynów do kąpieli szemranych koncernów, dla niepoznaki ubranych w atrakcyjne flakony i zapachy, dam bliskim szare mydło marsylskie. Zamiast perfum dostaną olejki eteryczne wraz z bambusowymi pałeczkami do maczania i nawonniania pomieszczeń i porcję ekoproszku do prania z płatków mydlanych i boraksu. Zamiast bombonierek z zabójczym cukrem i podstępnym olejem palmowym, dam im sól Epsom – by dowieść, że magnez przyswaja się nie tylko z czekolady.

Ciekawe, czy się ucieszą.

Płatkowska