„Lubię dzieci” – oznajmił żarliwie jeden z moich znajomych. A ja, jak to ja, zaczęłam szukać dziury w całym.

Czy można uznać za prawdziwe stwierdzenia „lubię jeść”, „lubię ludzi”, „lubię zwierzęta”? Jak każde uogólnienie zawierają one domieszkę fałszu. Smakosz może sobie cenić kuchnie świata, finezyjne smaki – ale czy w zakres jego lubienia wchodzi też szpitalna owsianka na wodzie? Czy przyjaciel zwierząt jest na tyle wielkoduszny, że lubi i pogłaskać węża, i spotkać pod prysznicem karakana? Z lubieniem ludzi jest bodaj najwięcej problemów. Można się starać. Można lubić wielu. Można kochać bliźniego, najlepiej takiego incognito: gdzieś w dali, poczciwego albo uciemiężonego. Lecz co z lubieniem pseudokibiców w akcji? Niesprawiedliwego szefa? Eksmałżonka zdrajcę?

Co do mnie – lubię wiele smaków, zwierzęta chyba bardziej szanuję (dlatego np. ich nie zjadam albo kupuję tylko jaja ściółkowe), niż lubię w znaczeniu chęci posiadania, głaskania, czochrania.

No a ludzie – wliczając w to dzieci? Lubię wielu ludzi i wiele dzieci. Ale przecież nie wszystkich! Mechanizm jest podobny, i dla dużych, i dla małych: jednych się „polubia”, innych nie. Potem to się czasem trochę zmienia przy bliższym poznaniu. Dużo łatwiej, jak pewnie każdemu, jest mi lubić miłych, ciekawych, pozytywnych, dobrze wychowanych, nie za głośnych, czystych. Tych, którzy się nie załapali, staram się akceptować. Albo nie akceptować, jeśli robią coś społecznie nagannego – tyle że wtedy, jak pouczają psychologowie, należy się odnosić do czynów, nie do osoby: nie akceptować czyjegoś postępowania, a nie jego całego. W przeciwnym razie to jak wylewanie dziecka z kąpielą.

I znów wracamy do dziecka, całkiem a propos parę dni po Dniu Dziecka. Przy tej okazji życzę wszystkim dzieciom, by od otaczających je dorosłych, od samego swego początku dostawały komplet najlepszych uczuć: by były kochane, szanowane i akceptowane – niekoniecznie wszystko od wszystkich, bo tak idealnie przecież się nie da – lecz chociaż od każdego coś z tego dobrego zestawu.

Płatkowska