Naturą człowieka jest iść naprzód. Wtedy dopiero, w tym dziarskim marszu przez życie oddycha się pełną piersią szczęściem. Ja także chcę więcej i więcej – niekoniecznie bogactw, ale doznań, przeżyć, wiedzy, coraz to nowych przeczytanych, obejrzanych, wysłuchanych książek/filmów/płyt, poznanych smaków, miejsc i ludzi. Kolekcjonuję dobre wspomnienia niczym weki w spiżarni. Odkładam kolejne na półkę – i wnet rozglądam się za nowym. Do tego w pewnym momencie życia dołącza pewien warunek: bardziej, „kaloryczniej” zaczyna nas uszczęśliwiać to, co robimy dla innych. Jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało.

O, właśnie: górno-lotnie. Czy też tak macie, że gdy o czymś intensywnie myślicie, to wszystko Wam się z tematem tego myślenia kojarzy? W górze lata co…? No, może i ptak. Ale w moich myślach ostatnio głównie lata PSZCZOŁA.

Od jakiegoś czasu dotkliwie trapi mnie los pszczół. Każdemu z nas obiło się o uszy, że pszczoły giną masowo od pestycydów i innych środków ochrony roślin, od promieniowania z nadajników radiowych i telefonicznych, przez zanieczyszczenie środowiska oraz bezchwastowe, nasycone chemią monokultury rolnicze. W Karkonoszach zeszłej zimy padło 65% pszczół (dla porównania dotąd średnio zimą padało ich 2%). A przecież jeśli wyginą pszczoły, ludziom – wedle słynnych wyliczeń Einsteina – pozostaną tylko cztery lata życia.

Naukowcy na wszelki wypadek szukają rozwiązań. Japończycy skonstruowali maleńkie jak owady drony, które dzięki specjalnemu żelowi i szczecince z końskiego włosia są w stanie przenosić na sobie pewną ilość pyłku i w ten sposób zapylać rośliny. Tylko czy wyobrażacie sobie całkowite uzależnienie od dronów?…

Pszczoły zbierają ponad 90% pyłku i nektaru ze stu siedmiu najważniejszych roślin uprawnych na świecie – rzepaku, drzew owocowych, kakaowców, kawowców itp.

Dodajcie do tego wszystkie znakomitości z ula – miód we wszystkich wspaniałych smakach, jad pszczeli, mleczko, wosk, propolis i pyłek.

Jeśli nadal nie złapaliście bakcyla – pomyślcie o zachwycającej organizacji pszczelego społeczeństwa. O ich przejrzystej hierarchii, fascynującej komunikacji (niedawno pewien specjalista od kryminalistyki odkrył nawet, że zaskoczona pszczoła wydaje coś w rodzaju okrzyku „ojej!”), charakterze (podobno bywają pszczoły autystyczne).

Moje olśnienie, że chcę mieć pasiekę zaczęło się kilka tygodni temu. Pierwszy raz wyraziłam je głośno w drodze na Wigilię. Mąż nie powiedział „nie” – więc po powrocie ze świąt dalej zgłębiałam temat. Najpierw rozpytałam znajomych o pszczelarzy. Następnie stałam się telefoniczną adeptką jednego z nich: idę mianowicie na długi spacer z najmłodszą i z psem, dzwonię do pana pszczelarza – a potem notuję to, czego na danej lekcji się dowiedziałam. Zostałam prenumeratorem pewnego pisma o pszczelarstwie i zakupiłam pierwszą porcję książek. Wywiedziałam się, ile się dało, na temat warunków posiadania pasieki miejskiej (włącznie z opcją na dachu).

I nie przeszło mi.

Wtedy mąż, doszedłszy do wniosku, że to coś więcej niż chwilowy zapał, wyraził swoje wątpliwości:

– Czy my na pewno mamy na to czas?

– A może najpierw odchowajmy dzieci?

– A może jednak postawić te ule gdzie indziej niż w ogrodzie? Wiesz, żeby dzieci nadal mogły bezpiecznie biegać boso po trawie, nawet gdy kwitnie koniczyna…

– Czyli gdzie?… – zapytałam. Bo choć mam już wybraną najłagodniejszą rasę, to faktycznie wpuszczenie do ogrodu kilkuset tysięcy pszczół co jakiś czas powodowałoby pewnie ukąszenia.

I tak oto wczoraj mój zarażony ideą mąż przez pół dnia przeglądał ceny małych działek w akceptowalnej odległości od domu, a zarazem na czystych ekologicznie terenach.

Mieliśmy w tym roku zmienić samochód. Wszystko jednak wskazuje na to, że raczej będzie działka z ulami.

 

Płatkowska