Mąż przyniósł mi bukiet bzu. Nie czyni tego często, bo tak jak mnie żal mu ciętych kwiatów. Tym razem jednak poniósł go istny majowy zryw: tak więc przyniósł, wlał do flakonu wodę, uformował kwiecie we wdzięczną wiecheć i postawił na stole. Zapachniało słodko, duszno, bzowo, upojnie. A mnie coś nurtowało. Tylko co…? Przez pewien czas skupiałam się i drążyłam w pamięci, o co może chodzić – co to za skojarzenie, które jest tuż pod skórą, opowieść, co tkwi dręcząco na czubku języka, wspomnienie na samej krawędzi świadomości. I nagle – mam! Alicja.

Gdy byłam dzieckiem, na naszym piętrze mieszkała starsza samotna pani. Lubiły się z moją mamą, odwiedzały i pomagały sobie. Pamiętam, jak bywała u nas, siadała w pokoju, trzymając w ręku tylko klucze do swojego mieszkania, z długim brelokiem plecionką. Najczęściej jednak to ja byłam u niej. Nie pamiętam już – czy rodzice podrzucali mnie do niej, gdy gdzieś wychodzili lub byli zajęci, a ze mną nie miał się kto bawić – wiem tylko, że przesiadywałam u niej dość często. I był to magiczny czas.

Mieszkanie Alicji to kraina baśni. Wszystko w nim było czarodziejskie. Rytuał odwiedzin zaczynał się od kuchni. Alicja miała jedną jedyną chińską filiżankę – maleńką, kolorową, kunsztownie zdobioną. I w tej to filiżance podawała mi herbatę. Mnie i tylko mnie! Czy można było czuć się bardziej uhonorowanym…?

Następnie szłyśmy do pokoju – jedynego, jaki Alicja miała. Był przepiękny. W czasach, gdy wszyscy w PRL-u malowali ściany srebrnym lub złotym wałkiem we wzory, Alicja miała ściany pomalowane w autentyczne róże – z płatkami i listkami, k o l o r o w e! Na lewo od drzwi było jej łóżko – i na tym kończył się praktyczny wystrój pokoju. Nie było tam żadnych szaf na ubrania, regałów z książkami, ołtarzyka z telewizorem. Był imponujący okrągły stół i stosowne doń krzesła – wszystko ciężkie, drewniane, pałacowe i bardzo zdobne. Pod stołem biegły liczne gięte listwy, bogato rzeźbione i krzyżujące się pod blatem – doskonałe do zabaw. Na cudownie niepraktycznej zabytkowej komodzie stały bibeloty, pośród których królował wielki porcelanowy tygrys. Tuż przy nim dla żartu Alicja stawiała małego porcelanowego kotka. A teraz najlepsze: wszystkimi tymi precjozami mogłam się bawić!

Prawdą jest, że byłam bardzo ostrożna. Nigdy niczego nie upuściłam, nie stłukłam i nie zepsułam. Takiemu dziecku odrobinę łatwiej jest dawać filiżankę z prawdziwej porcelany. Odrobinę.

Na różanych ścianach wisiały dwa obrazy. Jeden był portretem „doktorostwa”, u których Alicja, gdy była młodsza, pracowała jako służąca. Wyrażała się o nich z nabożnym szacunkiem, zawsze właśnie tak: „doktorostwo”. Na drugim zaś był bukiet bzu – taki sam, jak ten, który mi dziś utorował drogę do nieruszanego od lat wspomnienia.

Pewnego dnia Alicja zmarła. Przy wejściu do klatki schodowej powieszono klepsydrę z zawiłym nazwiskiem, którego nie mogłam zapamiętać – mama tłumaczyła mi, że brzmi tak obco, bo Alicja była Niemką. Nie miała żadnej rodziny, nikt nie przyszedł po cudeńka z jej mieszkania, nie wiem, co się z nimi stało – z tygrysem, kotkiem, filiżanką, wytwornym stołem oraz bzami. Z dnia na dzień przestałam być książątkiem, a nawet zapomniałam, że kiedykolwiek nim byłam. Dopiero dzisiaj bukiet bzu rozjaśnił mi, skąd mam taką słabość do bibelotów, maciupkich filiżanek i tapet w angielskie róże.

Alicjo – mam nadzieję, że gdzieś tam, w ewangelickim niebie dla dobrych starszych pań masz równie szykowny salonik. I że zechcesz kiedyś, bym wpadła na herbatę.

Płatkowska